niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 1 Inne wieki

Chyba nikt z dawnych bohaterów ludzkości nie spodziewałby się takiego obrotu spraw. Ludzie nawet w najśmielszych snach nie podejrzewaliby, że tak się stanie. Dawniej ludność ukrywała się w trwodze za murami. Czego się bali? Ich strach wywoływali tytani, wielkie kreatury podobne do człowieka, lecz zdeformowane.  Zazwyczaj najwyższe mają po koło piętnaście metrów, zdarzają się mniejsze i większe. Ludność często modliła się aby wydarzenia z roku osiemset czterdziestego piątego się nie powtórzyły. To właśnie w tym roku poczucie bezpieczeństwa budowane przez ponad sto lat zostało zachwiane. Kolosalny tytan oraz Opancerzony pojawili się w dzielnicy Shinganshina niszcząc mur Maria.
 Ludzie nie byli bierni na ataki ze strony nowego wroga, powstało wojsko podzielone na trzy oddziały. Żandarmeria, będąca najbardziej prestiżowym oddziałem stacjonującym w najbogatszych dzielnicach, w Starych Miastach są to tereny muru Shiny. Żandarmeria siedzi bezpiecznie za murami, pilnuje porządku wewnątrz nich, czasami gasi pożary. Straż miejska jest chyba najbardziej popularnym oddziałem. Tu pracuje się też za murami tyle, że w mniej bogatych dzielnicach. Lecz w sytuacjach kryzysowych strażnicy miejscy również walczą z tytanami. Ostatnim oddziałem są zwiadowcy. To oni głównie walczą z tytanami, próbują czegoś się o nich dowiedzieć.
 Pięć lat po utracie muru Maria przez ludzi, w dzielnicy Trost znowu pojawił się Kolosalny tytan, lecz tym razem udało się zwyciężyć nad wrogiem. To wszystko za sprawą jednego chłopaka, który miał wszczepiony gen tytana. Eren Jeager uratował ludzkość przez swoją niezwykłość. Tyle, że to było ponad tysiąc lat temu. W teraźniejszych czasach Eren nie wyróżniałbym się niczym na tle innych żołnierzy.
Dużo się pozmieniało do czasów gdy ludzkość miała tylko mury Maria, Rosa i Shina. Obecnie te mury zwano po prostu Shiną, czasami też Starymi Miastami. W roku tysięcznym ludzkości udało się odbić mur Maria, można to nazwać przełomowych momentem. Właśnie wtedy ludzkość nabrała apetytu na nowe terytoria. Zaczęto zdobywać ziemię i zamurowywać ją. Zakrywanie się murem jakoś tak leżało w ludzkiej naturze. Tak właśnie powstało miejsce zwane Filadelfią. Między nowymi ziemiami a Shiną powstała droga, oczywiście ukryta za bezpiecznym murem. Gdy wszystko było gotowe nastał rok tysiąc czterysta pięćdziesiąty siódmy. Ludzki apetyt jednak wciąż rósł. Po mniej niż trzystu latach wybudowano kolejny mur okalający nowe ludzkie siedlisko. Obszar ten nazwano Warszawą. Oczywiście tak samo jak Filadelfia i Shina od Warszawy poprowadzono dwie drogi łączące wszystkie miejsca gdzie ludzie mieszkali, tym samym stworzył się zamknięty trójkąt. Terytorium ludzi ma teraz około trzydziestu czterech tysięcy kilometrów kwadratowych. W środku trójkąta leżą Wolne Miasta, są to głównie małe miasteczka i wsie zajmujące się rolnictwem.
Nie tylko terytorium się zmieniło, mentalność ludzi również. Człowiek przestał bać się tytanów odkąd wojsko odkryło jak można stać się tytanem. Dlatego gdyby Eren Jager żył w tych czasach był by nic nie różniącym się od innych żołnierzem. Każdy kadet pod koniec
szkolenia ma wstrzyknięty gen tytana. Dzięki niemu ludzie mogą walczyć z tytanami jak równy z równym. Jednak nie każdy organizm da radę przyjąć ten gen. W początkach stosowania tej metody wiele kadetów nie przeżywało lub nie było w stanie się kontrolować. Jednak nie zrezygnowano z tej metody. Jeżeli chodzi o rekrutację do wojska zmienił się wiek. Dawniej można było już jako dwunastolatek iść na trening wojskowy, teraz takie prawo mają jedynie rodziny wojskowe. Każdy normalny obywatel ma prawo zacząć trening w wieku czternastu lat.
Wszystko się zmienia skwitowała w myślach Amelia, która ostatnimi czasy cierpiała na bezsenność. Niby tytani się nas boją, ale jakoś w to nie wierzę. Po tym co stało się cztery lata temu? O nie, nie wierzę w strach tytanów. Tak naprawdę wciąż się ich boimy rozmyślała dalej. Jak na swój wiek była zbyt inteligenta. Mimo że nie uczęszczała na żadne zajęcia, nie miała po prostu takiej możliwości, wykazywała się większym sprytem i mądrością od innych rówieśników z bogatych rodzin. Wyglądem nie wyróżniała się z tłumu. Była wysoka lecz strasznie wychudzona. Jeszcze cztery lata temu nie przeszłoby jej prze myśl, że taka będzie. Na owalnej twarzy z kwadratowym podbródkiem i leciutko zarysowanymi kośćmi policzkowymi rzadko kiedy gościł teraz uśmiech. Duże, niebieskozielone oczy patrzyły teraz w ciemność próbując dojrzeć sufitu. Chociaż jakby patrzeć na żołnierzy, oni się chyba nie boją albo świetnie to ukrywają myślała Amelia przeczesując swoje brązowe włosy palcami ale… zatracają człowieczeństwo by móc dać innym prawo do niego… mrugnęła.
Gdy ponownie otworzyła oczy cały pokój był skąpany w jasnym świetle. Zaspana usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek. Dziesiąta, już dawno tyle nie spała. Chyba obawy przed ostateczną decyzją powoli odchodziły zostawiając miejsce dla pewności. Amelia wreszcie zebrała się do wstania, nie spieszyło jej się, bo i tak nie dostanie już śniadania o do obiadu musi czekać jeszcze około trzech godzin. Ubrała się w typową dla siebie szarą bluzę i spodnie z popularnego obecnie jeansu. Brązowe włosy zaplotła w luźny warkocz, a po namyśle wplątała jeszcze we włosy niebieską wstążkę. Zostawiając swój mikroskopijny biały pokoik w stanie nienaruszonym wyszła na korytarz. Chyba był jeszcze gorszy, dawniej chyba te ściany były beżowe, a podłoga nie skrzypiała przy każdym kroku. To był właśnie jej „dom”.  Miała właśnie wyjść, ale zatrzymała się przed drewnianymi schodami, może on jeszcze tu jest? Wiedziona tą myślą wspięła się na piętro. Ustała przed pierwszymi drzwiami na lewo.
-Wyszedł. –Obwieścił jej głos zza pleców gdy Amelia wyciągała dłoń ku klamce.
Amelia odwróciła się i oparła o ścianę. Naprzeciwko niej w drzwiach stała czarnowłosa, szczupła dziewczyna średniego wzrostu. Wpatrywała się w Amelię złotymi oczyma. To była Mona, na której twarzy zazwyczaj malowało się skupienie.
-A wiesz gdzie? –Zapytała Amelia, chociaż spodziewała się braku odpowiedzi.
-Wiesz, że zazwyczaj nie chwali się gdzie idzie, lecz tym razem stwierdził tylko, że idzie na miasto. –Odpowiedziała szybko Mona zamykając drzwi.  
Amelia wypuściła głośno powietrze i zbiegła po schodach. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i dotarła do wyjścia. Dzisiaj było słonecznie, aż dziwnie jak na tą porę roku. Był dwudziesty pierwszy lutego, a śniegu ani śladu. Można było spokojnie wyjść na zewnątrz bez zimowych butów, kurtek czy szalików. Po prostu idealna pogoda na ściganie tego przygłupa pomyślała nastolatka wnikając w tłum. To była właśnie Cegielnia, miejsce najbardziej wysunięte na tenarach Warszawy. Nie można było zaliczyć tego do wsi, ale miastem też to nie było. Miasteczko jest najbardziej adekwatnym określeniem. Domy stały tu blisko siebie okalając siatkę ulic. Amelia szła przed siebie główną ulicą, lecz jej uwagę zwróciło zamieszanie przy bramie na świat bez murów. Duży wóź zaopatrzeniowy czekał, aż wrota się otworzą. Pewnie będzie jechał do tej nowej bazy wojskowej nad morzem. Brązowowłosa szybko straciła nim zainteresowanie. Skręciła w boczną uliczkę, on strasznie lubił kręcić się w takich miejscach.   
Idąc spokojnie usłyszała za sobą krótkie tupnięcie stup. Odwróciła się i zobaczyła za sobą wysokiego, szczupłego chłopaka. Zdjął kaptur z głowy. Miał śniadą cerę, kwadratową twarz, mały nos był lekko zadarty. Szare oczy uśmiechały się do całego świata. Ciemno brązowe włosy były krótko ścięte. To był on, Daniel. Amelia westchnęła gdy zobaczyła co trzyma w rękach, trzy słodkie bułki z pobliskiej piekarni.
-Myślisz, że przyjdzie? –Zapytała Amelia.
-Nie wiem jak ty Ami, ale ja uważam, że Klementyna zaczyna nam ufać. –Stwierdził Daniel siadając na krawężniku. –Pewnie nic nie jadłaś, śpiochu.
-Nie nazywaj mnie tak, tylko ostatnio zdarza mi się przysypiać. –Powiedziała spokojnie Ami stojąc nad przyjacielem. –A ty chyba jesz za dużo złodzieju?
-Klementyny i tak nie przebiję. –Stwierdził żartobliwie uśmiechając się. –Niech zgadnę zaczniesz mi robić wykład o wartościach.
-O już widzę, że jesteś gotowy, więc zaczynajmy. Czy wiesz, że właśnie zabrałeś coś nie swojego?
-Może zmieniłabyś w końcu ten początek, nudne się zaczyna to robić. –Daniel żartobliwie drwił z przyjaciółki, która zaczęła robić kółka wokół niego.
-To nie jest śmieszne, to jest twój nałóg. Zabrałeś coś co ktoś zrobił, włożył w to swoją pracę. –Mówiła poważnym, ale zarazem wyniosłym tonem, a przy tym wszystkim gestykulowała. Mimo, że bardzo lubiła Daniela musiała od czasu do czasu powiedzieć mu, że źle robi.
-Ami, co ty robisz? –Zza rogu ulicy rozległ się niepewny głosy. Stała tam niska, drobna, blada nastolatka. Miała trójkątną twarz z zaokrąglonym podbródkiem. W jej szarych, dużych oczach malowała się nieśmiałość. Liliowe farbowane włosy związane były w kucyk z boku głowy, nikt nie wiedział jaki kolor miała tak naprawdę. Ubrana była jak zwykle elegancko w czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę. To była właśnie Klementyna. To w jaki sposób ją poznali było dość dziwne. Daniel przez wrodzoną chęć przebywania z ludźmi uwielbiał zawierać nowe znajomości. Gdy zobaczył, że Klementyna siedzi sama w ogrodzie przy domu jej bogatej ciotki od razu poszedł się przywitać, ciągnąc za sobą Amelię. Za pierwszym razem dziewczyna zignorowała ich, ale za drugim razem już niepewnie coś tam odpowiedziała. Po paru próbach nawet udało się wyciągnąć Klementynę z ogrodu na krótki spacer. Teraz już nawet sama do nich przychodziła.
-Hej Klemi, daję wykład Danielowi, chcesz się przyłączyć? –Zapytała grzecznościowo Amelia uśmiechając się.
-Co znowu zrobił?
-Wytłumacz jej się. –Amelia nakazała Danielowi patrząc na niego z góry.
-No więc zdobyłem jedzenie, bo osądziłem, że pewnie Amelia znowu wstanie o dziesiątej czy jedenastej i nie zje śniadania. –Powiedział Daniel bez ani jednego zająknięcia się, już wiele razy tłumaczył się ze swoich postępków.
-To chyba dobrze. –Stwierdziła niepewnie Klementyna podchodząc bliżej Amelii i Daniela. –To dobrze, że się o ciebie troszczy, nie?
-Nawet bardzo dobrze, tyle że robi to w nielegalny sposób. –Powiedziała chłodno brązowowłosa.
-Nie zapomniałem o tobie Klemi. –Zapewnił Daniel podając jej bułkę.
Dziewczyna momentalnie usiadł na krawężniku koło niego i zajęła się jedzeniem. Całe powietrze uszło z Amelii. Zrezygnowana usiadła koło Daniela i wzięła połkniętą przez niego bułkę. Powoli skubała ją palcami. Powiedzieć im czy nie? Zniknąć bez słowa? Nie, nawet ja bym się na coś takiego nie zdobyła. Pewnie zapytają o powód, przecież obiecaliśmy sobie, że nie będziemy mówić o nas w przeszłości. Mieliśmy zacząć nowe życie bez pryzmatu dawnych czasów. Raz kozie śmierć.
-Idę do wojska. –Powiedziała prosto z mostu Amelia. Klementyna na te słowa aż się zachłysnęła.
-Po co? To bez sensu iść do wojska w spokojnych czasach. –Odezwała się Klemi zerkając na Ami w skupieniu.
-Wszystko wiążę się z przeszłością. Jeżeli chcecie mogę wam o tym opowiedzieć, ale muszę jakoś to zebrać. –Odpowiedziała spokojnie patrząc przed siebie.
-Jeżeli będzie ci za ciężko to nie musisz. –Odezwał się Daniel zerkając kątem oka na przyjaciółkę.
-Nie. Muszę komuś o tym powiedzieć, ale jeszcze nie dzisiaj.
-Nie rozumiem po co ludzie wciąż idą do wojska skoro staliśmy się silniejsi od tytanów. Jesteśmy już z nimi równi, a nawet wyżsi. –Klementyna dalej sceptycznie podchodziła do tego pomysłu. Dziewczyna zerknęła na zegarek, który miała na nadgarstku. –Muszę już iść, ciocia Christa dzisiaj wyjeżdża.
-A gdzie? –Amelia nie pohamowała swojej ciekawości.
-Do mojej mamy. –Odpowiedziała szybko. –Muszę już iść, do zobaczenia.
Nastolatka o liliowych włosach popędziła szybko do głównej ulicy. Amelia i Daniel chwilę śledzili ją wzrokiem.
-Mówi tak jakby nie jechała. –Stwierdziła Amelia.
-Czyli jak? –Zapytał się pogubiony w tym Daniel.
-Jeżeli jechałaby z ciotką powiedziałaby, że dzisiaj wyjeżdża, a powiedziała tylko o ciotce. Wydaje się to dziwne. Dzieci zazwyczaj chcą spędzać jak najwięcej czasu z rodzicami. –Wyjaśniła Amelia fachowym tonem.
-Nie martwym się o to. To wszystko pewnie wynika z przeszłości. –Powiedział uśmiechając się Daniel.-Jestem ciekawy twojej przeszłości.

To co powiedział Daniel zaskoczyło Amelię. On doskonale wiedział jaka była gdy tu trafiła. Smutna, mała dziewczyna do nikogo nieodzywająca się w pokoju pełnym ludzi.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Konstruktywna krytyka mile widziana ;)
Każdy może skomentować