wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 2 Kradzież w biały dzień

Daniel i Amelia rozdzielili się dopiero wieczorem kiedy już zapadł zmrok. Chłopak odprowadził przyjaciółkę do jej pokoju, a później skierował się do siebie. Wszedł już na drugie piętro, miał już nacisnąć klamkę kiedy poczuł, że ktoś mocno ciągnie go za kaptur. Stracił równowagę co mu się rzadko zdarza. Próbując znowu pewnie ustać cofnął się parę kroków do tyłu wpadając prosto do pokoju swojej siostry.
Mona nie była miłym typem człowieka. Nawet gdy próbowała się opiekować bratem zazwyczaj to nie wychodziło. Była zbyt nerwowa i miała za mało cierpliwości. Wprost przeciwnie do swojego brata. Daniel miał po prostu anielską cierpliwość, a Mona za to nie potrafiła niczego załatwić bez zdenerwowania.
-Znowu kradniesz? –Zapytała jak na razie spokojnie mierząc brata groźnym spojrzeniem.
-Nie.
-Nie kłam. Wiem, że jesteś wy tym niezły, zresztą kradniesz nie gorzej. –Wypaliła Mona składając ramiona na piersi. –Jeżeli nie kradniesz to po co ci twoja dwustronna bluza?
Chłopak zdziwił się szczerze, a po zdziwieniu przyszło zażenowanie. Miał ją przecież zmienić od razu kiedy przyjdzie do sierocińca, a było to jakieś dwie godziny temu. Cóż znowu zasiedział się z Amelią w salonie grając na starej konsoli. Nie ma co kłamać, Mona akurat zawsze wykrywała blef.
-Dobra przyznaję się! Tak, kradnę, ale nie są to jakieś wielkie rzeczy. –Daniel próbował się bronić.
-Zawsze zaczyna się od małych rzeczy a potem przychodzi czas na większe. –Stwierdziła siostra –mieliśmy z tym zerwać. Ja się uwolniłam, pora na ciebie.
-Tyle, że ja nie mogę Mona… nic innego w życiu nie robiłem. Od dzieciństwa specjalizuję się w zbrodni. –Mówił spokojnie Daniel przeczesując palcami krótkie włosy. –Nie widzę siebie w niczym innym, może to, że jestem zwinny i wysportowany mogło by mi się przydać w wojsku, ale wiem, że nie chciałabyś żebym tam był, więc nie pozostaje mi nic innego niż tylko kraść.
-Z twoją pomysłowością nie skończysz jako złodziej. –Oświadczyła Mona pewnym tonem. –Pomyśl nad konstruktorem sprzętu wojskowego jak już ci przychodzi tylko te wojsko do głowy. Proste, bezpieczne, przyjemne.
-Ale tylko w stolicy można dostać się do takiej pracy, musiałbym cię zostawić…
-Nie martw się o mnie, doskonale wiesz, że potrafię o siebie zadbać. –Mona chyba bardzo starała się by nie wkurzyć się. –Przestaniesz to robić, zrozumiano?
-Tak.
Zdołowany Daniel wyszedł po cichu na korytarz. Zagościło w nim te dziwne uczucie zdenerwowania, tak bardzo obce mu było. Wolnym krokiem przeciął korytarz i wszedł do swojego pokoju. Mała klitka należąca tylko i wyłącznie do niego, tu nie musiał się przed nikim tłumaczyć. Rzucił się na swoje jak zwykle nie pościelone łóżko i zapatrzył w sufit. Mona zawsze mówi o tym wszystkim jakby to była łatwa sprawa myślał sobie Daniel to wcale nie jest proste. Przynajmniej nie dla mnie. W przeciwieństwie do niej mi to naprawdę się podobało. Od dzieciństwa czułem, że jestem w tym dobry i pójdę drogą rodzinnej tradycji… pięć lat temu obiecałem sobie przecież, że wszystko się zmieni. Nie jestem wytrwały. Ale tak właściwie, dlaczego nie mogę się zmienić? Siostra jakoś nie miała z tym problemów… a no tak przecież ona nigdy nie pochwalała tego co kiedyś robiliśmy. Czemu unikam tego słowa? Kradzież, ja kradnę.
-Ok, koniec z unikaniem tego słowa. –Przyrzekł sobie przymykając oczy.
Wracając do tematu moich niecnych czynów wyuczonych od najmłodszych lat to naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Mona i Amelia ma rację, nie powinienem. Aż tak trudno to zrozumieć Daniel?
-Bardzo gdy od dzieciństwa najbliżsi cię w tym szkolili. –Odpowiedział sobie sam.
Dobra, dobra. Dzieciństwo to nie całe życie, a trzeba je jakoś zagospodarować. Trzeba na serio czymś się zainteresować. Może dowiedzieć się coś o tym konstruktorze sprzętu? Nie, nie mam doświadczenia. W życiu nie zajmowałem się takimi rzeczami. Co prawda opracowałem lepszy sposób na składanie samolocików z papieru, stworzyłem system alarmowy na wypadek gdyby ktoś chciał obudzić mnie wcześniej. Chociaż to drugie było bez sensu, osoba budząca wychodziła w przestrachu a ja i tak się budziłem. Ja cie, ale ja jestem bezmyślny…  ale całkiem inny gdy rozpoczynam akcję kradzieży.
-Jak czujne zwierze na polowaniu…
Może to stres tak na mnie działa. Może to on sprawia, że jestem taki skupiony, skoncentrowany na swoim celu. Zaczynam wtedy przewidywać, kombinować, byle tylko żeby pozostać nie odkrytym. Prawie jak żołnierze gdy udają się za mury. Mimo swojej potęgi są ostrożni i świetnie zorganizowani. Eh tyle chyba nie myślałem od czasów podróży tu. Bycie żołnierzem nie może być aż takie złe. Jak się trafi do najlepszej dziesiątki można zostać żandarmem, a wtedy życie to bajka. Za chodzenie po mieście, siedzenie w kwaterze i zgaszenie od czasu do czasu jakiegoś pożaru dostaje się wysoką pensję. Może Ami nie jest wcale taka głupia z tym wojskiem jak sądzi Klemi? Ciekawe czemu chce to zrobić? A czemu Klementyna uważa to za taki zły pomysł? Pewnie wszystko nawiązuje do przeszłości. Wszystko ma swoje wytłumaczenie w przeszłości…
-Przeszłość… wszyscy uwięzieni przez łańcuchy przeszłości. –Rzekł smutno w eter chłopak lecz po chwili sam się skarcił. –Zaczynam gadać jak filozof… chyba czas już spać.
Zwlókł się z łóźka i wystawił głowę przez drzwi. Na zegarze wiszącym w korytarzu była dopiero dziewiętnasta, jednak Daniel ostatecznie postanowił się położyć. Niby nic specjalnego dzisiaj nie zrobił lecz oczy same mu się zamykały. Zamknął cicho drzwi, a po namyśle przekręcił kluczyk, było to lepsze rozwiązanie od systemu alarmowego. Zdjął dwustronną bluzę i zawiesił ją na krześle. Po jednej stronie była czarna po drugiej szara, kiedyś była biała. Przełączył kontakt kończąc męki mrugającej żarówki. Bezszelestnie wśliznął się pod rozgrzebaną kołdrę poczym okrył się nią aż po same uszy. Momentalnie osunął się w ciemną otchłań snów.
Donośny łomot zbudził go około dziewiątej. Strasznie zadziwił go fakt, że tyle spał. Wciąż zaspany otworzył drzwi. Na progu stała Amelia, całkowicie rozbudzona, z misternym warkoczem, profesjonalnie chyba nazywano to kłos. W dłoniach trzymała dość dużą maślaną bułkę.
-O i kto tu zaczyna kraść? –Zapytał z nutką ironii w głosie Daniel.
-Ja to wszystko robię legalnie w przeciwieństwie do ciebie. –Usprawiedliwiła się dziewczyna wręczając chłopakowi zawiniątko. Mimo, że wiedział o co chodziło przyjaciółce postanowił się z nią podroczyć.
-Od kiedy to kradzież stała się legalna? –Zapytał retorycznie.
-Mógłbyś tu posprzątać. –Rzuciła odchodząc od tematu Ami. Przeciągnęła dłonią po parapecie. –Ten parapet jest tak zakurzony, że można na nim notatki pisać.
-Gadasz jak Mona, przecież wiesz, że mam dwie lewe ręce do sprzątania. –Zaśmiał się Daniel zapominając o drastycznej pobudce.
-Jedz już lepiej, zobaczymy dzisiaj jak radzi sobie Klemi. –Powiedziała Amelia. –Pierwszy raz będzie sama w domu przez dłuższy czas.
-A no.
Przyjaciele niedługo po tej rozmowie wyszli na o wiele mniej tłoczne niż wczoraj ulice miasta. Tym razem postanowili pójść po Klementynę, aż pod dom, plan odpadał dopiero wtedy gdy spotkają ją po drodze. O poranku wszystko działo się w spokojnym leniwym rytmie. Nikt nie był uważny, wokoło panowała serdeczność niczym wśród dzieci. W całej tej atmosferze Daniel prawie zapomniał o wczorajszych troskach, ale pamiętał o jednej rzeczy. Trochę niezręcznie było to pytać, ale przecież Amelia zgodziła się powiedzieć o sobie.
-Ami –zaczął Daniel gdy skręcali w główną ulicę. –Pewnie opowiesz o swojej przeszłości dopiero wtedy gdy będzie z nami Klemi?
-Nie, dzisiaj jeszcze nic wam nie powiem. –Odpowiedziała tajemniczo brązowowłosa. –W dniu moich urodzin wszystkiego się dowiecie.
-Ale sobie termin wybrałaś… -Zareagował markotnie Daniel.
Lecz nie pozostał markotny na długo. Zza najbliższego rogu wyłoniła się liliowa czupryna. Teraz już przyjaciele byli w komplecie. Razem postanowili powrócić do głównej ulicy. Nie zastał ich tam przyjemny widok. Dwoje strażników miejskich goniło wysokiego, wychudzonego rudego chłopaka. W swoich dużych dłoniach trzymał diamentową kolię z wystawy jedynego sklepu jubilerskiego. Rudzielec przeciskał się przez tłum starając się uciec, niestety szczęście mu nie sprzyjało. Jeden ze strażników, wyższy, złapał go dość mocno za ramię. Chłopak próbował się jeszcze wydostać się z żelaznego chwytu. Ludzie wokoło patrzyli na tą scenę obojętnie, jedynym poruszonym przechodnią był Daniel. Coś w nim drgnęło. Od razu zauważył błędy jakie popełnił niedoświadczony złodziej.
Biegł główną ulicą co było najbardziej głupim posunięciem na jakie można było się zdobyć. Lepiej korzystać z bocznych uliczek. Są mniejsze, ciemniejsze, bardziej zawiłe. Łatwo więc zgubić pościg, bo okazje nadarzają się praktycznie co zakręt. „Swoją” własność trzymał w rękach kiedy lepiej byłoby nawet wepchnąć ją do kieszeni. To były tylko błędy które mógł zauważyć w pierwszej chwili, zresztą każdy mógł je zauważyć.
Jednak to nie było to co najbardziej nim wstrząsnęło. To coś innego. Wewnętrznie zaczął sobie wyobrażać siebie w tej sytuacji. Gdyby to on był tym rudzielcem. Gdyby to właśnie jemu się nie powiodło.
Ale chwila ja kradnę tylko drobne rzeczy, na jubilera się nie zaczajam. Chociaż… gdyby sytuacja tego wymagała… Zaczyna się od małych rzeczy a potem przychodzi czas na większe” zacytował w myślach siostrę. Tak naprawdę to właśnie zmierzałbym ku coraz większemu, coraz bardziej niebezpiecznemu. Przecież to tak właśnie skończyli rodzice, jeden mały błąd i już nie wrócili tamtego wieczoru do domu. Nie chcę podzielić ich losów. Jeden głupi błąd może cię skreślić na całe życie…
Kiedy już gwar rozmów o tym co przed chwilą zaszło w biały dzień na ulicach Cegielni powoli cichł, Daniel dalej stał tam oniemiały i myślał. Musisz z tym skończyć myślał gorączkowo wpatrując się w tłum nie widzącym nic spojrzeniem. Wszystko ma swój początek i koniec powtarzał w głowie, wszystko. Z zamyślenia wyrwało go dopiero mocne potrząśnięcie ramieniem.
-Ziemia do Daniela.
-Houston, mamy problem. –Oznajmiła Klementyna stojąca z założonymi rękoma bok Amelii.
-Nie, nie. Dobra, wszystko jest ok. –Zapewnił je mówiąc szybko chłopak.
-No mamy nadzieję. –Rzekła Amelia nadzwyczajnie ciepłym tonem jak na nią. –Wiecie co? Mam przeczucie, że coś się niedługo zmieni.
-Na pewno cyferki w twojej liczbie lat. –Rzuciła Klemi. –Coś jeszcze?
-Myślę, że zmieni się coś większego niż tylko mój wiek. –Odpowiedziała tajemniczo Ami. –Tyle, że nie wiem co.
-Może Daniel rozstanie się z kradzieżą? –Powiedziała Klementyna patrząc prosto w oczy przyjaciela.
-Już postanowiłem, że na pewno się z tym rozstanę. –Odparł szarooki poczym dodał. –A pierwsze co zrobię to pozbędę się dwustronnej bluzy.
--------------------------------------------
Parę słów od autorki: Witam ^ ^ jeżeli jesteście znudzeni brakiem akcji w moim fanficku ogłaszam wszem i wobec jeszcze jeden rozdział z małą ilością akcji i potem będzie inaczej. 
Kto jedzie na Animatsuri? Ja jadę, po ciężkich negocjacjach i pomocy Luny udało się namówić rodzinę żeby mnie puścili :3

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 1 Inne wieki

Chyba nikt z dawnych bohaterów ludzkości nie spodziewałby się takiego obrotu spraw. Ludzie nawet w najśmielszych snach nie podejrzewaliby, że tak się stanie. Dawniej ludność ukrywała się w trwodze za murami. Czego się bali? Ich strach wywoływali tytani, wielkie kreatury podobne do człowieka, lecz zdeformowane.  Zazwyczaj najwyższe mają po koło piętnaście metrów, zdarzają się mniejsze i większe. Ludność często modliła się aby wydarzenia z roku osiemset czterdziestego piątego się nie powtórzyły. To właśnie w tym roku poczucie bezpieczeństwa budowane przez ponad sto lat zostało zachwiane. Kolosalny tytan oraz Opancerzony pojawili się w dzielnicy Shinganshina niszcząc mur Maria.
 Ludzie nie byli bierni na ataki ze strony nowego wroga, powstało wojsko podzielone na trzy oddziały. Żandarmeria, będąca najbardziej prestiżowym oddziałem stacjonującym w najbogatszych dzielnicach, w Starych Miastach są to tereny muru Shiny. Żandarmeria siedzi bezpiecznie za murami, pilnuje porządku wewnątrz nich, czasami gasi pożary. Straż miejska jest chyba najbardziej popularnym oddziałem. Tu pracuje się też za murami tyle, że w mniej bogatych dzielnicach. Lecz w sytuacjach kryzysowych strażnicy miejscy również walczą z tytanami. Ostatnim oddziałem są zwiadowcy. To oni głównie walczą z tytanami, próbują czegoś się o nich dowiedzieć.
 Pięć lat po utracie muru Maria przez ludzi, w dzielnicy Trost znowu pojawił się Kolosalny tytan, lecz tym razem udało się zwyciężyć nad wrogiem. To wszystko za sprawą jednego chłopaka, który miał wszczepiony gen tytana. Eren Jeager uratował ludzkość przez swoją niezwykłość. Tyle, że to było ponad tysiąc lat temu. W teraźniejszych czasach Eren nie wyróżniałbym się niczym na tle innych żołnierzy.
Dużo się pozmieniało do czasów gdy ludzkość miała tylko mury Maria, Rosa i Shina. Obecnie te mury zwano po prostu Shiną, czasami też Starymi Miastami. W roku tysięcznym ludzkości udało się odbić mur Maria, można to nazwać przełomowych momentem. Właśnie wtedy ludzkość nabrała apetytu na nowe terytoria. Zaczęto zdobywać ziemię i zamurowywać ją. Zakrywanie się murem jakoś tak leżało w ludzkiej naturze. Tak właśnie powstało miejsce zwane Filadelfią. Między nowymi ziemiami a Shiną powstała droga, oczywiście ukryta za bezpiecznym murem. Gdy wszystko było gotowe nastał rok tysiąc czterysta pięćdziesiąty siódmy. Ludzki apetyt jednak wciąż rósł. Po mniej niż trzystu latach wybudowano kolejny mur okalający nowe ludzkie siedlisko. Obszar ten nazwano Warszawą. Oczywiście tak samo jak Filadelfia i Shina od Warszawy poprowadzono dwie drogi łączące wszystkie miejsca gdzie ludzie mieszkali, tym samym stworzył się zamknięty trójkąt. Terytorium ludzi ma teraz około trzydziestu czterech tysięcy kilometrów kwadratowych. W środku trójkąta leżą Wolne Miasta, są to głównie małe miasteczka i wsie zajmujące się rolnictwem.
Nie tylko terytorium się zmieniło, mentalność ludzi również. Człowiek przestał bać się tytanów odkąd wojsko odkryło jak można stać się tytanem. Dlatego gdyby Eren Jager żył w tych czasach był by nic nie różniącym się od innych żołnierzem. Każdy kadet pod koniec
szkolenia ma wstrzyknięty gen tytana. Dzięki niemu ludzie mogą walczyć z tytanami jak równy z równym. Jednak nie każdy organizm da radę przyjąć ten gen. W początkach stosowania tej metody wiele kadetów nie przeżywało lub nie było w stanie się kontrolować. Jednak nie zrezygnowano z tej metody. Jeżeli chodzi o rekrutację do wojska zmienił się wiek. Dawniej można było już jako dwunastolatek iść na trening wojskowy, teraz takie prawo mają jedynie rodziny wojskowe. Każdy normalny obywatel ma prawo zacząć trening w wieku czternastu lat.
Wszystko się zmienia skwitowała w myślach Amelia, która ostatnimi czasy cierpiała na bezsenność. Niby tytani się nas boją, ale jakoś w to nie wierzę. Po tym co stało się cztery lata temu? O nie, nie wierzę w strach tytanów. Tak naprawdę wciąż się ich boimy rozmyślała dalej. Jak na swój wiek była zbyt inteligenta. Mimo że nie uczęszczała na żadne zajęcia, nie miała po prostu takiej możliwości, wykazywała się większym sprytem i mądrością od innych rówieśników z bogatych rodzin. Wyglądem nie wyróżniała się z tłumu. Była wysoka lecz strasznie wychudzona. Jeszcze cztery lata temu nie przeszłoby jej prze myśl, że taka będzie. Na owalnej twarzy z kwadratowym podbródkiem i leciutko zarysowanymi kośćmi policzkowymi rzadko kiedy gościł teraz uśmiech. Duże, niebieskozielone oczy patrzyły teraz w ciemność próbując dojrzeć sufitu. Chociaż jakby patrzeć na żołnierzy, oni się chyba nie boją albo świetnie to ukrywają myślała Amelia przeczesując swoje brązowe włosy palcami ale… zatracają człowieczeństwo by móc dać innym prawo do niego… mrugnęła.
Gdy ponownie otworzyła oczy cały pokój był skąpany w jasnym świetle. Zaspana usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek. Dziesiąta, już dawno tyle nie spała. Chyba obawy przed ostateczną decyzją powoli odchodziły zostawiając miejsce dla pewności. Amelia wreszcie zebrała się do wstania, nie spieszyło jej się, bo i tak nie dostanie już śniadania o do obiadu musi czekać jeszcze około trzech godzin. Ubrała się w typową dla siebie szarą bluzę i spodnie z popularnego obecnie jeansu. Brązowe włosy zaplotła w luźny warkocz, a po namyśle wplątała jeszcze we włosy niebieską wstążkę. Zostawiając swój mikroskopijny biały pokoik w stanie nienaruszonym wyszła na korytarz. Chyba był jeszcze gorszy, dawniej chyba te ściany były beżowe, a podłoga nie skrzypiała przy każdym kroku. To był właśnie jej „dom”.  Miała właśnie wyjść, ale zatrzymała się przed drewnianymi schodami, może on jeszcze tu jest? Wiedziona tą myślą wspięła się na piętro. Ustała przed pierwszymi drzwiami na lewo.
-Wyszedł. –Obwieścił jej głos zza pleców gdy Amelia wyciągała dłoń ku klamce.
Amelia odwróciła się i oparła o ścianę. Naprzeciwko niej w drzwiach stała czarnowłosa, szczupła dziewczyna średniego wzrostu. Wpatrywała się w Amelię złotymi oczyma. To była Mona, na której twarzy zazwyczaj malowało się skupienie.
-A wiesz gdzie? –Zapytała Amelia, chociaż spodziewała się braku odpowiedzi.
-Wiesz, że zazwyczaj nie chwali się gdzie idzie, lecz tym razem stwierdził tylko, że idzie na miasto. –Odpowiedziała szybko Mona zamykając drzwi.  
Amelia wypuściła głośno powietrze i zbiegła po schodach. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i dotarła do wyjścia. Dzisiaj było słonecznie, aż dziwnie jak na tą porę roku. Był dwudziesty pierwszy lutego, a śniegu ani śladu. Można było spokojnie wyjść na zewnątrz bez zimowych butów, kurtek czy szalików. Po prostu idealna pogoda na ściganie tego przygłupa pomyślała nastolatka wnikając w tłum. To była właśnie Cegielnia, miejsce najbardziej wysunięte na tenarach Warszawy. Nie można było zaliczyć tego do wsi, ale miastem też to nie było. Miasteczko jest najbardziej adekwatnym określeniem. Domy stały tu blisko siebie okalając siatkę ulic. Amelia szła przed siebie główną ulicą, lecz jej uwagę zwróciło zamieszanie przy bramie na świat bez murów. Duży wóź zaopatrzeniowy czekał, aż wrota się otworzą. Pewnie będzie jechał do tej nowej bazy wojskowej nad morzem. Brązowowłosa szybko straciła nim zainteresowanie. Skręciła w boczną uliczkę, on strasznie lubił kręcić się w takich miejscach.   
Idąc spokojnie usłyszała za sobą krótkie tupnięcie stup. Odwróciła się i zobaczyła za sobą wysokiego, szczupłego chłopaka. Zdjął kaptur z głowy. Miał śniadą cerę, kwadratową twarz, mały nos był lekko zadarty. Szare oczy uśmiechały się do całego świata. Ciemno brązowe włosy były krótko ścięte. To był on, Daniel. Amelia westchnęła gdy zobaczyła co trzyma w rękach, trzy słodkie bułki z pobliskiej piekarni.
-Myślisz, że przyjdzie? –Zapytała Amelia.
-Nie wiem jak ty Ami, ale ja uważam, że Klementyna zaczyna nam ufać. –Stwierdził Daniel siadając na krawężniku. –Pewnie nic nie jadłaś, śpiochu.
-Nie nazywaj mnie tak, tylko ostatnio zdarza mi się przysypiać. –Powiedziała spokojnie Ami stojąc nad przyjacielem. –A ty chyba jesz za dużo złodzieju?
-Klementyny i tak nie przebiję. –Stwierdził żartobliwie uśmiechając się. –Niech zgadnę zaczniesz mi robić wykład o wartościach.
-O już widzę, że jesteś gotowy, więc zaczynajmy. Czy wiesz, że właśnie zabrałeś coś nie swojego?
-Może zmieniłabyś w końcu ten początek, nudne się zaczyna to robić. –Daniel żartobliwie drwił z przyjaciółki, która zaczęła robić kółka wokół niego.
-To nie jest śmieszne, to jest twój nałóg. Zabrałeś coś co ktoś zrobił, włożył w to swoją pracę. –Mówiła poważnym, ale zarazem wyniosłym tonem, a przy tym wszystkim gestykulowała. Mimo, że bardzo lubiła Daniela musiała od czasu do czasu powiedzieć mu, że źle robi.
-Ami, co ty robisz? –Zza rogu ulicy rozległ się niepewny głosy. Stała tam niska, drobna, blada nastolatka. Miała trójkątną twarz z zaokrąglonym podbródkiem. W jej szarych, dużych oczach malowała się nieśmiałość. Liliowe farbowane włosy związane były w kucyk z boku głowy, nikt nie wiedział jaki kolor miała tak naprawdę. Ubrana była jak zwykle elegancko w czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę. To była właśnie Klementyna. To w jaki sposób ją poznali było dość dziwne. Daniel przez wrodzoną chęć przebywania z ludźmi uwielbiał zawierać nowe znajomości. Gdy zobaczył, że Klementyna siedzi sama w ogrodzie przy domu jej bogatej ciotki od razu poszedł się przywitać, ciągnąc za sobą Amelię. Za pierwszym razem dziewczyna zignorowała ich, ale za drugim razem już niepewnie coś tam odpowiedziała. Po paru próbach nawet udało się wyciągnąć Klementynę z ogrodu na krótki spacer. Teraz już nawet sama do nich przychodziła.
-Hej Klemi, daję wykład Danielowi, chcesz się przyłączyć? –Zapytała grzecznościowo Amelia uśmiechając się.
-Co znowu zrobił?
-Wytłumacz jej się. –Amelia nakazała Danielowi patrząc na niego z góry.
-No więc zdobyłem jedzenie, bo osądziłem, że pewnie Amelia znowu wstanie o dziesiątej czy jedenastej i nie zje śniadania. –Powiedział Daniel bez ani jednego zająknięcia się, już wiele razy tłumaczył się ze swoich postępków.
-To chyba dobrze. –Stwierdziła niepewnie Klementyna podchodząc bliżej Amelii i Daniela. –To dobrze, że się o ciebie troszczy, nie?
-Nawet bardzo dobrze, tyle że robi to w nielegalny sposób. –Powiedziała chłodno brązowowłosa.
-Nie zapomniałem o tobie Klemi. –Zapewnił Daniel podając jej bułkę.
Dziewczyna momentalnie usiadł na krawężniku koło niego i zajęła się jedzeniem. Całe powietrze uszło z Amelii. Zrezygnowana usiadła koło Daniela i wzięła połkniętą przez niego bułkę. Powoli skubała ją palcami. Powiedzieć im czy nie? Zniknąć bez słowa? Nie, nawet ja bym się na coś takiego nie zdobyła. Pewnie zapytają o powód, przecież obiecaliśmy sobie, że nie będziemy mówić o nas w przeszłości. Mieliśmy zacząć nowe życie bez pryzmatu dawnych czasów. Raz kozie śmierć.
-Idę do wojska. –Powiedziała prosto z mostu Amelia. Klementyna na te słowa aż się zachłysnęła.
-Po co? To bez sensu iść do wojska w spokojnych czasach. –Odezwała się Klemi zerkając na Ami w skupieniu.
-Wszystko wiążę się z przeszłością. Jeżeli chcecie mogę wam o tym opowiedzieć, ale muszę jakoś to zebrać. –Odpowiedziała spokojnie patrząc przed siebie.
-Jeżeli będzie ci za ciężko to nie musisz. –Odezwał się Daniel zerkając kątem oka na przyjaciółkę.
-Nie. Muszę komuś o tym powiedzieć, ale jeszcze nie dzisiaj.
-Nie rozumiem po co ludzie wciąż idą do wojska skoro staliśmy się silniejsi od tytanów. Jesteśmy już z nimi równi, a nawet wyżsi. –Klementyna dalej sceptycznie podchodziła do tego pomysłu. Dziewczyna zerknęła na zegarek, który miała na nadgarstku. –Muszę już iść, ciocia Christa dzisiaj wyjeżdża.
-A gdzie? –Amelia nie pohamowała swojej ciekawości.
-Do mojej mamy. –Odpowiedziała szybko. –Muszę już iść, do zobaczenia.
Nastolatka o liliowych włosach popędziła szybko do głównej ulicy. Amelia i Daniel chwilę śledzili ją wzrokiem.
-Mówi tak jakby nie jechała. –Stwierdziła Amelia.
-Czyli jak? –Zapytał się pogubiony w tym Daniel.
-Jeżeli jechałaby z ciotką powiedziałaby, że dzisiaj wyjeżdża, a powiedziała tylko o ciotce. Wydaje się to dziwne. Dzieci zazwyczaj chcą spędzać jak najwięcej czasu z rodzicami. –Wyjaśniła Amelia fachowym tonem.
-Nie martwym się o to. To wszystko pewnie wynika z przeszłości. –Powiedział uśmiechając się Daniel.-Jestem ciekawy twojej przeszłości.

To co powiedział Daniel zaskoczyło Amelię. On doskonale wiedział jaka była gdy tu trafiła. Smutna, mała dziewczyna do nikogo nieodzywająca się w pokoju pełnym ludzi.   

Wings of Freedom-Inne wieki--o czym to w ogóle będzie?

A więc słowem wstępu powiem, że to jest fanfick. Chociaż to może złe słowo. To jest fanfick-niefanfick. Nie spotkacie tu żadnej postaci z orginalnego Shingeki no Kyojin. Wydarzeń zresztą też nie. Zachowałam jedynie lokalizacje, chociaż właściwie tylko o nich wspominam... nie ważne...
Wings of Freedom, czyli WoF w skrócie, opowiada o świecie z Shingeki no Kyojin gdy ludzkość ma przewagę nad tytanami. Wojsko jest uzbrojone w nowoczesne technologie, a człowiek-tytan jest zwykłością. Stworzono nowe tradycje, ale stare wciąż trwają.
Pomysł na to wszystko wpadł mi po obejrzeniu SnK, dokładniej to była jedna myśl: Co by było gdyby akcja SnK miała miejsce w teraźniejszości? Moje wyobrażenie tego będziecie już niedługo mogli przeczytać, zapoznając się z losami Amelii Heartcraf, Klementyny Hidoi i Daniela Longmana