Chyba nikt z dawnych bohaterów ludzkości nie spodziewałby
się takiego obrotu spraw. Ludzie nawet w najśmielszych snach nie
podejrzewaliby, że tak się stanie. Dawniej ludność ukrywała się w trwodze za murami.
Czego się bali? Ich strach wywoływali tytani, wielkie kreatury podobne do
człowieka, lecz zdeformowane. Zazwyczaj
najwyższe mają po koło piętnaście metrów, zdarzają się mniejsze i większe.
Ludność często modliła się aby wydarzenia z roku osiemset czterdziestego
piątego się nie powtórzyły. To właśnie w tym roku poczucie bezpieczeństwa
budowane przez ponad sto lat zostało zachwiane. Kolosalny tytan oraz
Opancerzony pojawili się w dzielnicy Shinganshina niszcząc mur Maria.
Ludzie nie byli
bierni na ataki ze strony nowego wroga, powstało wojsko podzielone na trzy
oddziały. Żandarmeria, będąca najbardziej prestiżowym oddziałem stacjonującym w
najbogatszych dzielnicach, w Starych Miastach są to tereny muru Shiny.
Żandarmeria siedzi bezpiecznie za murami, pilnuje porządku wewnątrz nich,
czasami gasi pożary. Straż miejska jest chyba najbardziej popularnym oddziałem.
Tu pracuje się też za murami tyle, że w mniej bogatych dzielnicach. Lecz w
sytuacjach kryzysowych strażnicy miejscy również walczą z tytanami. Ostatnim
oddziałem są zwiadowcy. To oni głównie walczą z tytanami, próbują czegoś się o
nich dowiedzieć.
Pięć lat po utracie
muru Maria przez ludzi, w dzielnicy Trost znowu pojawił się Kolosalny tytan,
lecz tym razem udało się zwyciężyć nad wrogiem. To wszystko za sprawą jednego
chłopaka, który miał wszczepiony gen tytana. Eren Jeager uratował ludzkość
przez swoją niezwykłość. Tyle, że to było ponad tysiąc lat temu. W
teraźniejszych czasach Eren nie wyróżniałbym się niczym na tle innych
żołnierzy.
Dużo się pozmieniało do czasów gdy ludzkość miała tylko mury
Maria, Rosa i Shina. Obecnie te mury zwano po prostu Shiną, czasami też Starymi
Miastami. W roku tysięcznym ludzkości udało się odbić mur Maria, można to
nazwać przełomowych momentem. Właśnie wtedy ludzkość nabrała apetytu na nowe
terytoria. Zaczęto zdobywać ziemię i zamurowywać ją. Zakrywanie się murem jakoś
tak leżało w ludzkiej naturze. Tak właśnie powstało miejsce zwane Filadelfią.
Między nowymi ziemiami a Shiną powstała droga, oczywiście ukryta za bezpiecznym
murem. Gdy wszystko było gotowe nastał rok tysiąc czterysta pięćdziesiąty
siódmy. Ludzki apetyt jednak wciąż rósł. Po mniej niż trzystu latach wybudowano
kolejny mur okalający nowe ludzkie siedlisko. Obszar ten nazwano Warszawą.
Oczywiście tak samo jak Filadelfia i Shina od Warszawy poprowadzono dwie drogi
łączące wszystkie miejsca gdzie ludzie mieszkali, tym samym stworzył się
zamknięty trójkąt. Terytorium ludzi ma teraz około trzydziestu czterech tysięcy
kilometrów kwadratowych. W środku trójkąta leżą Wolne Miasta, są to głównie
małe miasteczka i wsie zajmujące się rolnictwem.
Nie tylko terytorium się zmieniło, mentalność ludzi również.
Człowiek przestał bać się tytanów odkąd wojsko odkryło jak można stać się
tytanem. Dlatego gdyby Eren Jager żył w tych czasach był by nic nie różniącym
się od innych żołnierzem. Każdy kadet pod koniec
szkolenia ma wstrzyknięty gen
tytana. Dzięki niemu ludzie mogą walczyć z tytanami jak równy z równym. Jednak
nie każdy organizm da radę przyjąć ten gen. W początkach stosowania tej metody
wiele kadetów nie przeżywało lub nie było w stanie się kontrolować. Jednak nie
zrezygnowano z tej metody. Jeżeli chodzi o rekrutację do wojska zmienił się
wiek. Dawniej można było już jako dwunastolatek iść na trening wojskowy, teraz takie
prawo mają jedynie rodziny wojskowe. Każdy normalny obywatel ma prawo zacząć
trening w wieku czternastu lat.
Wszystko się zmienia
skwitowała w myślach Amelia, która ostatnimi czasy cierpiała na bezsenność. Niby tytani się nas boją, ale jakoś w to nie
wierzę. Po tym co stało się cztery lata temu? O nie, nie wierzę w strach
tytanów. Tak naprawdę wciąż się ich boimy rozmyślała dalej. Jak na swój
wiek była zbyt inteligenta. Mimo że nie uczęszczała na żadne zajęcia, nie miała
po prostu takiej możliwości, wykazywała się większym sprytem i mądrością od
innych rówieśników z bogatych rodzin. Wyglądem nie wyróżniała się z tłumu. Była
wysoka lecz strasznie wychudzona. Jeszcze cztery lata temu nie przeszłoby jej
prze myśl, że taka będzie. Na owalnej twarzy z kwadratowym podbródkiem i leciutko
zarysowanymi kośćmi policzkowymi rzadko kiedy gościł teraz uśmiech. Duże,
niebieskozielone oczy patrzyły teraz w ciemność próbując dojrzeć sufitu. Chociaż jakby patrzeć na żołnierzy, oni się
chyba nie boją albo świetnie to ukrywają myślała Amelia przeczesując swoje
brązowe włosy palcami ale… zatracają
człowieczeństwo by móc dać innym prawo do niego… mrugnęła.
Gdy ponownie otworzyła oczy cały pokój był skąpany w jasnym
świetle. Zaspana usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek. Dziesiąta, już dawno
tyle nie spała. Chyba obawy przed ostateczną decyzją powoli odchodziły
zostawiając miejsce dla pewności. Amelia wreszcie zebrała się do wstania, nie
spieszyło jej się, bo i tak nie dostanie już śniadania o do obiadu musi czekać
jeszcze około trzech godzin. Ubrała się w typową dla siebie szarą bluzę i
spodnie z popularnego obecnie jeansu. Brązowe włosy zaplotła w luźny warkocz, a
po namyśle wplątała jeszcze we włosy niebieską wstążkę. Zostawiając swój
mikroskopijny biały pokoik w stanie nienaruszonym wyszła na korytarz. Chyba był
jeszcze gorszy, dawniej chyba te ściany były beżowe, a podłoga nie skrzypiała
przy każdym kroku. To był właśnie jej „dom”.
Miała właśnie wyjść, ale zatrzymała się przed drewnianymi schodami, może on jeszcze tu jest? Wiedziona tą
myślą wspięła się na piętro. Ustała przed pierwszymi drzwiami na lewo.
-Wyszedł. –Obwieścił jej głos zza pleców gdy Amelia
wyciągała dłoń ku klamce.
Amelia odwróciła się i oparła o ścianę. Naprzeciwko niej w
drzwiach stała czarnowłosa, szczupła dziewczyna średniego wzrostu. Wpatrywała
się w Amelię złotymi oczyma. To była Mona, na której twarzy zazwyczaj malowało
się skupienie.
-A wiesz gdzie? –Zapytała Amelia, chociaż spodziewała się
braku odpowiedzi.
-Wiesz, że zazwyczaj nie chwali się gdzie idzie, lecz tym
razem stwierdził tylko, że idzie na miasto. –Odpowiedziała szybko Mona
zamykając drzwi.
Amelia wypuściła głośno powietrze i zbiegła po schodach.
Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i dotarła do wyjścia. Dzisiaj było
słonecznie, aż dziwnie jak na tą porę roku. Był dwudziesty pierwszy lutego, a
śniegu ani śladu. Można było spokojnie wyjść na zewnątrz bez zimowych butów,
kurtek czy szalików. Po prostu idealna
pogoda na ściganie tego przygłupa pomyślała nastolatka wnikając w tłum. To
była właśnie Cegielnia, miejsce najbardziej wysunięte na tenarach Warszawy. Nie
można było zaliczyć tego do wsi, ale miastem też to nie było. Miasteczko jest
najbardziej adekwatnym określeniem. Domy stały tu blisko siebie okalając siatkę
ulic. Amelia szła przed siebie główną ulicą, lecz jej uwagę zwróciło
zamieszanie przy bramie na świat bez murów. Duży wóź zaopatrzeniowy czekał, aż
wrota się otworzą. Pewnie będzie jechał do tej nowej bazy wojskowej nad morzem.
Brązowowłosa szybko straciła nim zainteresowanie. Skręciła w boczną uliczkę, on
strasznie lubił kręcić się w takich miejscach.
Idąc spokojnie usłyszała za sobą krótkie tupnięcie stup.
Odwróciła się i zobaczyła za sobą wysokiego, szczupłego chłopaka. Zdjął kaptur
z głowy. Miał śniadą cerę, kwadratową twarz, mały nos był lekko zadarty. Szare
oczy uśmiechały się do całego świata. Ciemno brązowe włosy były krótko ścięte.
To był on, Daniel. Amelia westchnęła gdy zobaczyła co trzyma w rękach, trzy
słodkie bułki z pobliskiej piekarni.
-Myślisz, że przyjdzie? –Zapytała Amelia.
-Nie wiem jak ty Ami, ale ja uważam, że Klementyna zaczyna
nam ufać. –Stwierdził Daniel siadając na krawężniku. –Pewnie nic nie jadłaś,
śpiochu.
-Nie nazywaj mnie tak, tylko ostatnio zdarza mi się
przysypiać. –Powiedziała spokojnie Ami stojąc nad przyjacielem. –A ty chyba
jesz za dużo złodzieju?
-Klementyny i tak nie przebiję. –Stwierdził żartobliwie
uśmiechając się. –Niech zgadnę zaczniesz mi robić wykład o wartościach.
-O już widzę, że jesteś gotowy, więc zaczynajmy. Czy wiesz,
że właśnie zabrałeś coś nie swojego?
-Może zmieniłabyś w końcu ten początek, nudne się zaczyna to
robić. –Daniel żartobliwie drwił z przyjaciółki, która zaczęła robić kółka
wokół niego.
-To nie jest śmieszne, to jest twój nałóg. Zabrałeś coś co
ktoś zrobił, włożył w to swoją pracę. –Mówiła poważnym, ale zarazem wyniosłym
tonem, a przy tym wszystkim gestykulowała. Mimo, że bardzo lubiła Daniela musiała
od czasu do czasu powiedzieć mu, że źle robi.
-Ami, co ty robisz? –Zza rogu ulicy rozległ się niepewny głosy.
Stała tam niska, drobna, blada nastolatka. Miała trójkątną twarz z zaokrąglonym
podbródkiem. W jej szarych, dużych oczach malowała się nieśmiałość. Liliowe
farbowane włosy związane były w kucyk z boku głowy, nikt nie wiedział jaki
kolor miała tak naprawdę. Ubrana była jak zwykle elegancko w czarne spodnie,
białą koszulę i marynarkę. To była właśnie Klementyna. To w jaki sposób ją
poznali było dość dziwne. Daniel przez wrodzoną chęć przebywania z ludźmi
uwielbiał zawierać nowe znajomości. Gdy zobaczył, że Klementyna siedzi sama w
ogrodzie przy domu jej bogatej ciotki od razu poszedł się przywitać, ciągnąc za
sobą Amelię. Za pierwszym razem dziewczyna zignorowała ich, ale za drugim razem
już niepewnie coś tam odpowiedziała. Po paru próbach nawet udało się wyciągnąć
Klementynę z ogrodu na krótki spacer. Teraz już nawet sama do nich
przychodziła.
-Hej Klemi, daję wykład Danielowi, chcesz się przyłączyć?
–Zapytała grzecznościowo Amelia uśmiechając się.
-Co znowu zrobił?
-Wytłumacz jej się. –Amelia nakazała Danielowi patrząc na
niego z góry.
-No więc zdobyłem jedzenie, bo osądziłem, że pewnie Amelia
znowu wstanie o dziesiątej czy jedenastej i nie zje śniadania. –Powiedział
Daniel bez ani jednego zająknięcia się, już wiele razy tłumaczył się ze swoich
postępków.
-To chyba dobrze. –Stwierdziła niepewnie Klementyna
podchodząc bliżej Amelii i Daniela. –To dobrze, że się o ciebie troszczy, nie?
-Nawet bardzo dobrze, tyle że robi to w nielegalny sposób.
–Powiedziała chłodno brązowowłosa.
-Nie zapomniałem o tobie Klemi. –Zapewnił Daniel podając jej
bułkę.
Dziewczyna momentalnie usiadł na krawężniku koło niego i
zajęła się jedzeniem. Całe powietrze uszło z Amelii. Zrezygnowana usiadła koło
Daniela i wzięła połkniętą przez niego bułkę. Powoli skubała ją palcami. Powiedzieć im czy nie? Zniknąć bez słowa?
Nie, nawet ja bym się na coś takiego nie zdobyła. Pewnie zapytają o powód, przecież obiecaliśmy sobie, że nie będziemy
mówić o nas w przeszłości. Mieliśmy zacząć nowe życie bez pryzmatu dawnych
czasów. Raz kozie śmierć.
-Idę do wojska. –Powiedziała prosto z mostu Amelia.
Klementyna na te słowa aż się zachłysnęła.
-Po co? To bez sensu iść do wojska w spokojnych czasach. –Odezwała
się Klemi zerkając na Ami w skupieniu.
-Wszystko wiążę się z przeszłością. Jeżeli chcecie mogę wam
o tym opowiedzieć, ale muszę jakoś to zebrać. –Odpowiedziała spokojnie patrząc
przed siebie.
-Jeżeli będzie ci za ciężko to nie musisz. –Odezwał się
Daniel zerkając kątem oka na przyjaciółkę.
-Nie. Muszę komuś o tym powiedzieć, ale jeszcze nie dzisiaj.
-Nie rozumiem po co ludzie wciąż idą do wojska skoro
staliśmy się silniejsi od tytanów. Jesteśmy już z nimi równi, a nawet wyżsi. –Klementyna
dalej sceptycznie podchodziła do tego pomysłu. Dziewczyna zerknęła na zegarek,
który miała na nadgarstku. –Muszę już iść, ciocia Christa dzisiaj wyjeżdża.
-A gdzie? –Amelia nie pohamowała swojej ciekawości.
-Do mojej mamy. –Odpowiedziała szybko. –Muszę już iść, do
zobaczenia.
Nastolatka o liliowych włosach popędziła szybko do głównej
ulicy. Amelia i Daniel chwilę śledzili ją wzrokiem.
-Mówi tak jakby nie jechała. –Stwierdziła Amelia.
-Czyli jak? –Zapytał się pogubiony w tym Daniel.
-Jeżeli jechałaby z ciotką powiedziałaby, że dzisiaj
wyjeżdża, a powiedziała tylko o ciotce. Wydaje się to dziwne. Dzieci zazwyczaj
chcą spędzać jak najwięcej czasu z rodzicami. –Wyjaśniła Amelia fachowym tonem.
-Nie martwym się o to. To wszystko pewnie wynika z przeszłości.
–Powiedział uśmiechając się Daniel.-Jestem ciekawy twojej przeszłości.
To co powiedział Daniel zaskoczyło Amelię. On doskonale
wiedział jaka była gdy tu trafiła. Smutna, mała dziewczyna do nikogo
nieodzywająca się w pokoju pełnym ludzi.
